Dziś będzie bez wstępów i owijania w bawełnę ;) Bardzo dziękuję za wczorajsze odwiedziny i komentarze. Wśród propozycji imion dla mojej anielki aż trzy razy powtórzyła się Karolcia, a to za sprawą (zachowując chronologię) Trill, Ewelinki i Turkisy. Żyjemy w państwie demokratycznym, gdzie większość ma głos decydujący, a zatem oficjalnie i urzędowo nadaję mojej skrzydlatej lali imię Karolcia. Oczywiście pozostałe propozycje zachowuję w pamięci i wykorzystam je dla kolejnych gałgankowych laleczek.
Na wszystkich blogach króluje Wielkanoc - i słusznie, ja natomiast, z wiadomych już względów, nie mam się czym pochwalić, dlatego pozostaję w tematyce tildowej. Po piesku, kotku i aniele przyszła kolej na konia w galopie. Podobnie jak bohater wpisu ja sama również byłam zmuszona do dzikiego galopu o poranku, ponieważ najpierw cztery razy przestawiałam budzik, żeby ostatecznie zmarudzić dodatkowych pięć minut na cykaniu zdjęć mojego zwierza. Poskutkowało to w sumie piętnastominutowym spóźnieniem do pracy, co skrzętnie zanotował parkingowy monitoring :/ No cóż, life is brutal, ale za to mogę Wam pokazać Kónia. Kóń narodził się dawno, ale chował się wcześniej po kątach, bo dopiero wczoraj urosła mu grzywa i ogon. Nieśmiałość z powodu łysiny ustąpiła, więc dziś przygalopował do Was rżąc wesoło i dziarsko postukując kopytami. Zostawiam go zatem w Waszym towarzystwie, a sama zabieram się do pracy. Miłego dnia!
