Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anioły. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2013

Gdzie ta wiosna...

    Od wakacji zaniedbuję i bloga i Was, ale tak się jakoś ostatnio toczy moje życie, że na blogowanie nie ma albo czasu, albo siły. Może teraz uda mi się choć troszeczkę zrehabilitować, jednak niczego nie umiem obiecać. Dziś chciałam zabrać się za szycie, ale szło mi jak po grudzie, więc nie wiem, kiedy kolejna lala będzie skończona. No nic, kiedy by nie było efektami na pewno się pochwalę, bo taka już moja natura ;)
   A póki co całe dnie spędzam w domu tęskniąc za wiosną. Chciałabym otworzyć okna na oścież i wygrzać się w słoneczku. Mam już nawet krokusy na kuchennym parapecie. No... może krokusy to za wiele powiedziane. Na razie to krokusowe trawsko, a kwiatów ni widu ni słychu, ale nie tracę nadziei.
   Z miłych wydarzeń - dotarła do mnie przesyłka od FreubelFee, u której wygrałam pierwsze w życiu candy :) Sylwia miała mnóstwo zachodu, żeby dostarczyć mi paczuszkę, ale w końcu się udało. Dziś około 14.00 do moich drzwi zapukał nowy sąsiad i okazało się, że kurier pod moją nieobecność wykazał się sprytem i właśnie u niego zostawił moją nagrodę. Zawartość pokażę Wam w kolejnym poście, ponieważ Sylwia obdarowała mnie taką ilością scrappowych cudów, że pół dnia zajmie mi ich obfotografowanie. No i tym samym zmobilizowała mnie do zgłębienia nowych rękodzielniczych terytoriów. Zawsze podziwiałam karteczki i inne papierowe wytworki na zaprzyjaźnionych blogach, ale sama nie zdobyłam się na odwagę, żeby spróbować swoich sił w tym kierunku. Teraz wreszcie mam okazję. Wielkie dzięki Sylwia :)
   A teraz mój pierwszy zwiastun wiosny, wiem, że lekko przedwczesny, ale co mi tam ;)
    


środa, 19 grudnia 2012

Anioł luzak

  Oj, ale mi dzisiejszej nocy dała popalić studencka brać mieszkająca nade mną... Ja to jeszcze mały pikuś, nauczona doświadczeniem zawsze w pogotowiu mam stopery do uszu, ale serdecznie współczuję sąsiadom z małymi dziećmi, noc mieli na pewno nieprzespaną. Nie wiem, może jestem mało wyrozumiała, ale młodość, nie młodość, student, nie student - trzeba mieć trochę szacunku dla innych. W końcu sama nie tak znowu dawno byłam studentką, ale na pomysł zabawy w berka na klatce schodowej o 1.00 w nocy  nawet wtedy bym nie wpadła ;) Albo może ja za mało twórcza byłam? ;) Są miejsca specjalnego przeznaczenia jak studenckie kluby, puby, dyskoteki, można tam rozdzierać gardło na cały regulator bez szkody dla innych i dla siebie samego, bo wczorajszej nocy niejednemu sąsiadowi puściły nerwy i studenciaki musiały się trochę nasłuchać, co przecież wcale przyjemne nie jest, mimo że koniec końców spłynęły po nich te prośby i groźby jak woda po kaczce.
  Ale ponieważ ja miałam wyżej wspomniane stopery, to mimo niedogodności jestem dziś uśmiechnięta i wyluzowana niczym ten tu aniołek. I nie dam się sprowokować pyskatej młodzieży ;P



poniedziałek, 17 grudnia 2012

Święta tuż tuż!

  Jeszcze kilka dni i święta, a ja nadal jestem w proszku. Co prawda część prezentów jest już gotowa i czeka na pakowanie, ale to ta mniejsza część. Nadal brakuje mi pomysłów i czasu na pozostałe. Poza tym świąteczne porządki też wciąż przede mną. Jedyne co jest gotowe, to choinka, na której... nie ma ani jednego mojego aniołka. Szewc bez butów chodzi ;) Ale za to będą sobie moje maluchy dyndać w innych domkach, a moje oko cieszą gwiazdki i dzwoneczki od Turkisy :)
   Ale w sumie tak naprawdę piszę, bo może poradzicie mi jakie ciasto upiec na święta? W planie mam sernik londyński i jakieś małe ciasteczka cynamonowe albo coś w ten deseń, ale potrzebowałabym jeszcze jednego zjawiskowego, a jednak nieskomplikowanego pomysłu na świąteczny wypiek. Pomożecie? ;)

piątek, 14 grudnia 2012

Jak Kot ze Shreka

  No powiedzcie same czy umiałybyście odmówić prośbie popartej takim spojrzeniem? ;) Muszę postawić tego janiołka przy lustrze i ćwiczyć, ćwiczyć!



czwartek, 13 grudnia 2012

Lazur

   Skoro wczorajszy post sponsorowało słonko, to dziś do kompletu musi być lazur, tym bardziej, że dziś u mnie piękna zima: śnieg, mróz i słoneczne niebo. Całe szczęście, że siedzę w ciepełku i mogę gwizdać na zimno. To słońce to chyba za sprawą Kini. Tyle mi go przesłałaś, że do dzisiaj wystarcza :D
  Wczoraj wreszcie udało mi się wygospodarować trochę czasu na świąteczne zakupy. Pierwsze prezenty kupione, teraz trzeba iść za ciosem i zdobyć resztę. Oprócz prezentów udało mi się kupić wymarzone foremki śnieżynki, którymi zachwyciła mnie Monika. Do kompletu wzięłam jeszcze foremki pomyślane do produkcji goździkowych płatków, ale mnie posłużą w innym celu. Mam nadzieję, że po świętach  będzie okazja, żeby zaprezentować efekty ;) Była jeszcze cała masa innych pięknych foremeczek w rozmiarach takich akurat dla moich małych aniołów, ale gdybym chciała kupić wszystkie, to na prezenty nie zostałoby już nic ;) Musiałam więc obejść się smakiem patrząc na reniferki, ptaszyny, dzwoneczki, listeczki itd. Ale za to nie oparłam się pokusie i zaopatrzyłam się w baaardzo, ale to baaaardzo ciepłą czapę, podszytą polarem. Uwielbiam miękkie i ciepłe ubrania. Zachodzę w głowę dlaczego jako dziecko nie cierpiałam nosić czapki i kiedy tylko po wyjściu z domu znikałam za zakrętem, gdzie czujny wzrok mojej troskliwej Mamy nie mógł mnie już dosięgnąć, wciskałam czapkę w kieszeń i odmrażałam sobie uszy. Nie umiem też pojąć jakim cudem wiecznie gubiłam rękawiczki, aż w końcu Mama do wszystkich podorabiała mi sznurki i do dwunastego roku życia nosiłam tylko takie. Mało tego, pewnego dnia zgubiłam tornister, innego  rower.  Myślę dziś, że pewnie tak byłam zajęta zabawą z koleżankami, że nie skupiałam się na takich drobiazgach jak klucze do domu czy rękawiczki. Aaa, i jeszcze byłam zapaloną ogrodniczką, sadziłam wszystko co wpadło mi  w ręce. Naprawdę wszystko. Skarpetki, żeby urosły podkolanówki, połamane kredki świecowe, żeby odrosły, pieniążek od Babci, żeby urosło więcej. Oczywiście nigdy niczego nie odnalazłam, choć wydawało mi się, że pamiętam miejsca ;) 
Fajne są dzieci, mają całkiem inną wizję świata i tego co ważne :) Aż mi żal, że dorosłam... A nie, jednak mi nie żal, musiałabym znowu chodzić na lekcje matmy...
     


środa, 12 grudnia 2012

Słoneczny anioł na pochmurny dzień

   Wczorajsze popołudnie nie należało do tych z grupy ubaw po pachy, dlatego dziś potrzebuję  słonecznej energii. Za oknem raczej pochmurno, ratuję się więc jak mogę, a właściwie ratuje mnie mój mały żółciutki koleżka. Co na niego spojrzę, to robi mi się cieplej :)
  Mam za sobą ekstrakcję ósemki i nadal jestem troszeczkę obolała. Poza tym marzy mi się ciepła herbata z cynamonem, goździkami, miodem i plasterkiem pomarańczy, ale na razie mój repertuar napitków ogranicza się do wody mineralnej i zimnej herbaty ;) Może jutro...    
   Pracy z masą solną mam mnóstwo, bo wpadło mi kolejne zamówienie, a ciągle jeszcze kończę poprzednie. Wczorajszy wieczór wypadł mi z solnego grafiku, bo zgnębiona pulsującym bólem paszczęki zdołałam pomalować tylko kilka par anielskich skrzydełek. Poza tym wypada wreszcie zająć się poszukiwaniem prezentów, bo na razie mam tylko trochę słodyczy... Przymierzam się dziś do nalotu na TK Maxx. Może uda mi się znaleźć coś ciekawego :) A jak Wasze świąteczne przygotowania? Prezenty już spakowane i przewiązane wstążką? :)
     

 


wtorek, 11 grudnia 2012

Cherubinek z muchą

     Jestem zbyt niewyspana żeby napisać cokolwiek, dlatego dziś przemówią tylko zdjęcia :)
Buziaki i miłego dnia!



poniedziałek, 10 grudnia 2012

W pojedynkę

  Pierwsza partia nowych solniaków z kolekcji grudzień 2012 jest już spakowana i dziś rusza w świat. Po tygodniowym ślęczeniu przy biurku z pędzlem w dłoni kręgosłup mam pogięty niczym ruski paragraf, ręce obolałe powyżej łokcia, a i mój okulista może się spodziewać rychłego zarobku. Ale nie ma co jęczeć, najważniejsze, że wyrobiłam się dwa dni przed czasem! Jeszcze dziś rano zrobiłam ponad trzysta zdjęć (przynajmniej z sześć zdjęć na sztukę, tak dla pewności ;), żeby uwiecznić cały komplet, bo tylko to mi po nich zostanie. Od niedawna mam nowy aparat, więc mam nadzieję, że od teraz zdjęcia na blogu będą się lepiej prezentować. Niestety - jak mówi nasze przysłowie - gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy - i tak oto dzisiejszego zimowego poranka dwa aniołeczki straciły skrzydełka. Za szybko chciałam się uwinąć z tymi zdjęciami. Jednak nie ma tego złego - naprawię je sobie i w tym roku na mojej choince też zawisną anieli :)
    Ale ja tu gadu gadu, a anielska modelka coraz usilniej domaga się mojej atencji... Zatem ustępuję jej pola :)



I jeszcze w innym świetle ;)

środa, 5 grudnia 2012

Sezon aniołkowy uważam za otwarty!

    Od kilku dni u mnie na tapecie, a raczej na gazetce reklamowej jednego z marketów budowlanych ;) "małosolne" aniołki. Dawno nie miałam do czynienia z solniakami. Musiałam przypomnieć sobie jaka konsystencja ciasta jest najlepsza, jak lepić fryzurki itd. Od niedzieli całe dnie lepię, suszę i maluję. Robota przyjemna, ale kręgosłup boli i oczy trochę gorzej widzą ;) Pewnie stąd to nieostre zdjęcie pstrykane o 1.00 w nocy;) A wczoraj wydawało się takie wyraźne :D

    Minie jeszcze kilka dni zanim aniołki będą skończone. Jak wiadomo najwięcej czasu pochłania schnięcie. Nie ma szans na przeskoczenie któregoś z etapów. Nie pomaluję skrzydeł zanim nie wyschnie przód sukienki, nie pomaluję tyłu zanim nie wyschnie przód. Mam więc zapewnioną rozrywkę przynajmniej do  końca tygodnia, jeśli nie lepiej :)
     Lepienie aniołów to jeden z moich sposobów na oderwanie myśli od codzienności. Ostatnio dręczy mnie pytanie jeszcze z czasów licealnych lekcji polskiego i lektury "Granicy" albo czegoś w ten deseń ;) Jesteśmy tacy jak sami siebie postrzegamy czy jak widzą nas inni? No i dalej, czy być sobą i postępować zgodnie z własnym sumieniem, nie bacząc na ciosy zadawane w zamian, bo wiadomo, że dobrego  (w obecnych czasach dobrego = słabego) łatwiej lać czy może robić tak jak inni, czyli ćwiczyć asertywność, żeby nie dać się zadziobać na "ament", jak mówiłam w dzieciństwie. Przy tej drugiej opcji czuję się zmanipulowana, bo pozwalam kształtować swoje zachowanie ludziom, których ani nie podziwiam, ani nawet nie lubię, tylko po to, żeby się bronić przed ich atakiem, natomiast przy pierwszej, tzn. zachowując wszystkie wyniesione z domu zasady życia społecznego jak nadstawianie drugiego policzka i bieg galopem na pomoc każdemu kto zawoła, jestem z kolei sfrustrowana, bo koniec końców mało kto tę pomoc doceni i zamiast wdzięczności zbieram cięgi od wszystkich w myśl zasady: jak masz miękkie serce, to musisz mieć twardą ... pupę. Takie to myśli nawiedzają mnie przy malowaniu tęczowych aniołów :) 
    A wracając do masy solnej, to pewnie od następnego tygodnia po kolei zacznę Wam przedstawiać wszystkich bohaterów dzisiejszego zamazanego zdjęcia :) Trzymajcie się ciepło!

środa, 14 listopada 2012

Zakochany Śpioch

    Znowu połknęłam bakcyla krawcowej. Wracam po pracy, robię co trzeba w domu, a myślami jestem przy wykrojach, materiałach i mojej maszynie, która nawiasem mówiąc chyba tak do końca martwym przedmiotem nie jest, bo po każdej dłuższej przerwie w szyciu robi naburmuszoną minę i odmawia normalnego funkcjonowania: szarpie nici, robi przeróżne pętelki, supełki i inne wygibasy, tylko po to, żeby okazać swoje niezadowolenie i udowodnić, że maszyna też człowiek i też potrzebuje zainteresowania.
      Dlatego skruszona, przez cały ostatni tydzień poświęcałam jej każdą wolną chwilkę. Owocem naszej współpracy jest zakochany śpioch anioł. W oryginalnej wersji powinien trzymać podusię, ale to jest specjalny anioł na specjalną okazję. Wkrótce zdradzę jaką ;)
    Następna w kolejce do szycia czeka gąska z długą szyją na zamówienie Mamy małego Jacka. Na razie jestem na etapie studiowania wykrojów i dopasowywania ich do potrzeb dostarczonego drobiowego szkicu. Mam nadzieję, że podołam zadaniu ;)
    Aaa! Jeszcze jedno. Zwróćcie proszę uwagę na kraciasty obrus pod siedzeniem szanownego Śpiocha. To mój pierwszy w życiu własnoręcznie uszyty obrus. Tak, ja wiem, że to żadna filozofia uszyć obrus, ale zawsze podchodziłam do dużych gabarytowo materiałów jak pies do jeża, bo jakieś takie to trudne do ogarnięcia mi się wydawało. Ale ostatnia wizyta w Ikei natchnęła mnie odwagą i zdecydowaniem godnymi prawdziwej domowej bohaterki ;) Odważyłam się, pociachałam materiał na stoisku (co też przyprawiło mnie o palpitację serca, bo co będzie jak utnę krzywulca??;) i jeszcze tego samego wieczoru obrus był gotowy. Dumna jestem niesamowicie. Brzegi równo sfastrygowane i przeszyte, żadnej fuszerki :D 
    Oczywiście nie mogłam się oprzeć i oprócz głównego zakupu, to jest szafy z lustrem (uwielbiam Ikeowe szafy i kpię sobie z drwiących uśmieszków, którymi darzą mnie niektóre snoby z mojego najbliższego otoczenia ;) wróciłam do domu z łyżką do lodów, zapasowym obierakiem, bo poprzedni gdzieś wsiorbało, cudnymi podkładkami na stół, poduszką itp., itd. Powinnam mieć zakaz wchodzenia do Ikei lub ewentualnie wchodzić z klapkami na oczy i kierować się tylko do wyznaczonego sektoru ;) 
   Jak ja się cieszę, że znowu szyję!!

wtorek, 29 maja 2012

Wymianka

   Zbierałam się do pisania już od piątku, ale mycie okien, pranie firanek, szorowanie piekarnika i inne podobnie pasjonujące sprawy pochłonęły mnie bez reszty. Szczęściem w niedzielę załapałam się jeszcze na ładną pogodę i udało się wybrać na długą wędrówkę w kierunku Wyspy Opatowickiej. Nie pamiętam czy Wam wspominałam o moim wiekopomnym odkryciu dotyczącym tejże wyspy? Otóż po mojej przeprowadzce do ciasnego, ale własnego domku spacer w tamte okolice jawił mi się jako wielka wyprawa, ponieważ najpierw musiałam dojechać w pobliże wyspy, no a potem już wiadomo łazikowanie i znowu powrót autem. Po kilku takich wypadach zaczęły nas gnębić podejrzenia, że coś tu nie gra, jakieś niejasne przeczucie, że chyba ktoś tu próbuje nas zrobić w balona. Okazało się, że my sami tacy sprytni byliśmy, bo mieszkamy ni mniej ni więcej tylko na przeciwko wyspy, z tym że widok po drodze przesłania nam kilka zagajników :D Od tamtej pory wydeptujemy ścieżki na wyspę albo wzdłuż Odry w kierunku zoo. Niestety w czerwcu przejście na wyspę będzie zamknięte z powodu remontu, ale wzdłuż rzeki nadal będzie można spacerować, grillować i się opalać. To tyle  tytułem wyjaśnienia dlaczego dopiero dzisiaj chwalę się TAKIMI ŚLICZNOŚCIAMI!!! 
       Daty nie trzymają się mojej głowy i poczucie czasu też mam podobno swoje własne (tak przynajmniej twierdzi Jeden Taki ;), niemniej jednak, około kwietnia (?) umówiłam się z Jolutką na wymiankę. Jola upatrzyła sobie tildowego ślimaczka, a mnie dała tyle opcji do wyboru, że prawie oszalałam i bombardowałam jej skrzynkę mailami , że to chce, albo nie, tamto. W końcu mój wybór padł na album..., ale Jola do albumu się wcale a wcale nie ograniczyła i kiedy zaraz po wyjściu z poczty z niecierpliwością kluczykiem rozcinałam taśmy zabezpieczające moim oczom ukazały się takie oto majstersztyki.
   Śliczna karteczka - Jola połączyła papier i bawełnianą koronkę. Zerknijcie proszę o tu, a zobaczycie to cudeńko w pełnej krasie.



   Jeszcze nie zdążyłam się nazachwycać a tu kolejne cudo!! Ramka na zdjęcie z pięknymi trójwymiarowymi liśćmi bluszczu, perełkami i papierowymi falbaneczkami. Do tego kwiatuszki i morze turkusu, czyli wszystko tak jak kocham.


   To były kompletnie niespodziewane niespodzianki (dziękuję Ci pięknie Jolu, żebyś Ty mnie widziała jak walczyłam kluczykiem z taśmą, żeby czym prędzej dostać się do środka, hihi), natomiast przedmiotem wymianki był ten tu piękniś, czyli mój wymarzony album ślubny.



   Cały wieczór przesiedziałam na sofie z prezentami tuż pod ręką, żeby co jakiś czas móc po nie sięgać i sycić oczy ich urodą. Mało tego, ja jestem baba-sroka, lubię kiedy jest strojnie i turkusowo, więc rzecz jasna byłam ZACHWYCONA, ale oniemiałam kiedy  On zaraz po przestąpieniu progu zapiał: "Ale ładne!!! Co to jest?", bo naprawdę rzadko udaje mi się wzbudzić taki aplauz moimi pracami. Ten okrzyk był więc najdobitniejszym potwierdzeniem mistrzostwa Jolutki :) Oczywiście zaraz odbyło się komisyjne liczenie ile zdjęć będzie trzeba wywołać. Nadmienię tylko, że tych zdjęć z wiadomych względów jeszcze nie ma, a już mają zaplanowaną przyszłość :D 
   Na razie całość leży zapakowana na półeczce i czeka na swój dzień :) Jolu, bardzo, bardzo Ci dziękuję(my) :* 
   Z kolei ja dla Joli miałam zrobić COŚ, bo co prawda Jola pod ślimaczkowym postem napisała, że ślimak, owszem, ale też że lubi fiolety, zielenie i niespodzianki. Z tej przyczyny powstał ślimaczek z fioletowo-fuksjowymi dodatkami, a że podróż w pojedynkę jest nudna, to przydzieliłam mu wesołą kompaniję w osobie pękatego misia i dwóch aniołów stróżów. 
   Tak cała paczka prezentowała się na godzinę przed wyprawą:


   A to już efekt moich zabaw z aparatem, co niestety skutkuje tym, że coś poprzestawiałam i teraz nie wiem jak wrócić do stanu wyjściowego... :/ Od tamtej pory nie umiem ustawić ostrości, co niestety widać na zdjęciach prezentów od Jolutki, ale jeśli tylko uda mi się naprawić, co popsułam, to podmienię zdjęcia na  wyraźniejsze.



   Tymczasem żegnam Was, ale niebawem powrócę, bo na warsztacie od kilku dni  mam kolejną lalę. Buziaki i do zobaczenia wkrótce!

(EDIT Za zgodą Jolutki pożyczyłam jej zdjęcia, bo w przeciwieństwie do moich pokazują koronkową robotę Autorki :)




A to już moje wytworki w domciu Joli:


czwartek, 12 kwietnia 2012

Demis Roussos

     Kiedy pokazałam tego pulchnego cherubinka mojej Siostrzyczce usłyszałam tylko jęknięcie "o matko", a potem serdeczny śmiech, taki do rozpuku. Wspólnie ustaliłyśmy, że do anioła jak ulał pasuje ksywa Demis Roussos - nie tylko ze względu na figurę, ale też z powodu kapoty, której nie powstydziłby się prawdziwy Demis. 
     "Aniołka tego bardzo lubię, bo..." jest inny niż wszystkie, które do tej pory widziałam i przez to bardziej mój. Miał dostać jeszcze ozdobę na włosy, ale wieczorem padłam nieżywa. Nie wiem jak jest z Wami, mnie najbardziej wykańczają emocje. Mogę latać, sprzątać, załatwiać, pracować i daję radę, ale całą energię wysysają ze mnie negatywne emocje fundowane przez otoczenie, gdyż poniewóż iż, podobno za bardzo się wszystkim przejmuję. Może i tak... 
      No nic, dzień i tak był udany, a to dlatego, że spotkałam się z moją przyjaciółką Olą, o której już nie raz słyszałyście i nie raz usłyszycie :) Poplotkowałyśmy przy kawie (Olesia, z tych nerwów zapomniałam podziękować Ci za kawę... Następnym razem ja zapraszam ;), potem pokrążyłyśmy spokojnymi uliczkami tuż za Placem Grunwaldzkim i nim się spostrzegłyśmy minęła godzina 20.00 - czas wracać do domu. Z Olą czas zawsze mija za szybko i nigdy nie zdążę powiedzieć wszystkiego. Trudno, spróbuję znowu przy najbliższej okazji :D
     Nie wiem kiedy znowu się tu pojawię, ponieważ cały mój czas i energię pochłaniają w tej chwili sprawy zgoła różne od szycia, lepienia i robótek w ogóle. Marzy mi się co prawda szyta myszka, ale nie wiem kiedy znajdę czas, żeby to marzenie ziścić, choć mam cichutką nadzieję, że szybciej niż się spodziewam :) Tymczasem życzę Wam miłego dzionka i do zobaczenia!



środa, 4 kwietnia 2012

Jestem z powrotem

      Cześć Dziewczynki! Oto i jestem. Zniknęłam jak kamfora - bez uprzedzenia i na długo, ale moje prywatne koleje życia toczyły się ostatnio w tak zawrotnym tempie, że nie było kiedy wspomnieć o planowanym dłuższym wyjeździe. Wasze blogi podglądałam anonimowo, bez komentowania, tak więc niby nic, a jednak permanentna inwigilacja ;)
        W tej obfitości zdarzeń wspomnienia warte są przede wszystkim dwutygodniowe wakacje w Hiszpanii. Najpierw, dzięki zaproszeniu pewnej Dobrej Duszy, kilka dni spędziliśmy w Madrycie, potem hop na wyspę, gdzie przejął nas kolejny Anioł Stróż i come back w wielkim stylu do stolicy. W wielkim, bo oczywiście z duszą na ramieniu, że w bagażu podręcznym po raz kolejny nie udało się uniknąć dodatkowych kilogramów, a i zawartość mogła budzić wątpliwości personelu. Sztyletów ani nitrogliceryny nie przewoziłam, ale już wielkie pudło balsamu do opalania to i owszem (ostatecznie  z balsamem pożegnałam się na lotnisku w Madrycie - bezwzględna urzędniczka wygmerała go z mojej walizki, natomiast przeoczyła półlitrową butelkę wody mineralnej w kieszeni kurtki, o której zapomnieliśmy w konkurencji likwidowania nadbagażu na czas... :) Natomiast jeśli chodzi o same wakacje, to było tak jak powinno: zagrzałam się pod hiszpańskim słońcem, mało tego, swoim stałym zwyczajem, żeby tradycji uczynić zadość, spaliłam ramiona, a mimo tego wciąż wbrew mej woli przykuwałam powszechną uwagę plażowiczów bladością powłok skórnych. Dodatkowo, jak zwykle w ostatnim momencie straciliśmy czujność i daliśmy się naciągnąć na najdroższy sok pomarańczowy w naszym życiu. Tak więc wszystkie obowiązkowe elementy zostały zaliczone i można było wracać do domu. A w domu wiadomo - szał prania po wakacjach, uzupełnianie stanów w lodówce i gonitwa w pracy, żeby uporać się z zaległościami. Nim się obejrzałam nastał kwiecień, Wielkanoc u progu, a u mnie nic w tej materii się nie wydarzyło. Nie ulepiłam nawet jednego baranka, nie uszyłam choćby jednego zajęczego uszka, że o pisankach nie wspomnę. Tak więc w tym roku ozdób wielkanocnych u mnie nie będzie. Mimo tych karygodnych zaniedbań wiosna zagościła w moim domu, a razem z wiosną pojawiła się Ona... Niniejszym zdradzam Wam tę tajemnicę, którą dręczyłam Was tuż przed moim zniknięciem. Wyzwanie, które rzuciłam sama sobie to - ni mniej, ni więcej - tildowy anioł. Umęczyłam się nieziemsko żeby go skończyć, szycie zajęło mi bez mała sto roboczogodzin, a efekt i tak nie jest taki jak powinien. Pocieszam się jednak, że może następnym razem wyjdzie lepiej.... Aniołki z masy solnej na początku też wychodziły mi dużo kiepściejsze niż obecnie, więc jest dla mnie jakaś nadzieja.
     Anioł nie ma jeszcze imienia, więc gdyby którejś z Was wpadł do głowy jakiś pomysł, to piszcie śmiało :)
     No a teraz śmigam serfować po stroniczkach Waszych blogowych pamiętników, bo mimo wszystko trochę zaległości mi się nazbierało. Buziaki i cieszę się, że znowu z Wami jestem, bo stęskniłam się szalenie!






wtorek, 7 lutego 2012

Robótkowa wena wróciła!!

   Dziś u mnie mnogość dobra wszelakiego i na blogu i w życiu. Zacznę od życia ;) Bladym świtem wystartowałam do mojej pracy dodatkowej, czyli na lekcję francuskiego. O 8.00 byłam już po wtłaczaniu wiedzy do głów i teraz siedzę sobie wygodnie w biurze delektując się pyszną kawką i rozgrzewając zziębnięte członki farelką, która w moim subiektywnym rankingu ocieplaczy plasuje się na poczytnym pierwszym miejscu, tuż przed termoforem i ciepłymi skarpetami. 
   Zaraz po pracy pędzę do dentysty, a następnie do szewca odebrać buty, które miały być gotowe na sobotnie tańce, ale pan szewc nie dotarł do zakładu na czas, w rezultacie czego zostałam bosa i bez koncepcji stroju (jednakowoż po chwilach grozy w stylu "nigdzie nie idę, nie mam co na siebie włożyć" pokonałam piętrzące się przeciwności i ostatecznie nie wyszłam do ludzi ani goła, ani bosa ;) A wczoraj wzięłam się wreszcie do roboty i gdyby nie dzisiejsza pobudka o 6.00, to może miałabym już nawet co pokazać, jednak zdrowy rozsądek kazał mi poprzestać na przygotowaniu wykrojów i zrobieniu fastrygi, ponieważ (nie chcę zapeszać...) moja maszyna drgnęła na skutek moich wczorajszych manipulacji i morza łez wylanego nad instrukcją, w której napisali, że problemem może być chwytak, ale już co to ten chwytak, to na trzydziestu stronach ani mru mru. Najważniejsze, że póki co maszyna działa. Jeśli znowu się zbiesi i odmówi posługi, to nie będzie zmiłuj dla tego złośliwego sprzętu - oddam go w zdolne rączki Trill i niech zrobi z tą małpą porządek raz na zawsze. (Trilluś dziękuję :*)
   Tymczasem, póki robótka nie jest skończona pokażę Wam jakie zastępstwo załatwiłam świątecznym reniferom. Tęsknię już za wiosną, więc od niedzieli na ścianie miast wdzięcznych pomocników św. Mikołaja powisają u mnie "małosolne" serduszka i cherubinek przerobiony na zawieszkę ze stłuczonego pierścionka na serwetki. Do tego moje spełnione marzenie - hiacynt, który kwitnie jakby się wściekł i wypełnia zapachem całe mieszkanie. I to tyle na dzisiaj. Do zobaczenia wkrótce!


I jeszcze jedno ujęcie w pełnym słońcu ;)