Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masa solna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masa solna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 lutego 2013

Gdzie ta wiosna...

    Od wakacji zaniedbuję i bloga i Was, ale tak się jakoś ostatnio toczy moje życie, że na blogowanie nie ma albo czasu, albo siły. Może teraz uda mi się choć troszeczkę zrehabilitować, jednak niczego nie umiem obiecać. Dziś chciałam zabrać się za szycie, ale szło mi jak po grudzie, więc nie wiem, kiedy kolejna lala będzie skończona. No nic, kiedy by nie było efektami na pewno się pochwalę, bo taka już moja natura ;)
   A póki co całe dnie spędzam w domu tęskniąc za wiosną. Chciałabym otworzyć okna na oścież i wygrzać się w słoneczku. Mam już nawet krokusy na kuchennym parapecie. No... może krokusy to za wiele powiedziane. Na razie to krokusowe trawsko, a kwiatów ni widu ni słychu, ale nie tracę nadziei.
   Z miłych wydarzeń - dotarła do mnie przesyłka od FreubelFee, u której wygrałam pierwsze w życiu candy :) Sylwia miała mnóstwo zachodu, żeby dostarczyć mi paczuszkę, ale w końcu się udało. Dziś około 14.00 do moich drzwi zapukał nowy sąsiad i okazało się, że kurier pod moją nieobecność wykazał się sprytem i właśnie u niego zostawił moją nagrodę. Zawartość pokażę Wam w kolejnym poście, ponieważ Sylwia obdarowała mnie taką ilością scrappowych cudów, że pół dnia zajmie mi ich obfotografowanie. No i tym samym zmobilizowała mnie do zgłębienia nowych rękodzielniczych terytoriów. Zawsze podziwiałam karteczki i inne papierowe wytworki na zaprzyjaźnionych blogach, ale sama nie zdobyłam się na odwagę, żeby spróbować swoich sił w tym kierunku. Teraz wreszcie mam okazję. Wielkie dzięki Sylwia :)
   A teraz mój pierwszy zwiastun wiosny, wiem, że lekko przedwczesny, ale co mi tam ;)
    


środa, 19 grudnia 2012

Anioł luzak

  Oj, ale mi dzisiejszej nocy dała popalić studencka brać mieszkająca nade mną... Ja to jeszcze mały pikuś, nauczona doświadczeniem zawsze w pogotowiu mam stopery do uszu, ale serdecznie współczuję sąsiadom z małymi dziećmi, noc mieli na pewno nieprzespaną. Nie wiem, może jestem mało wyrozumiała, ale młodość, nie młodość, student, nie student - trzeba mieć trochę szacunku dla innych. W końcu sama nie tak znowu dawno byłam studentką, ale na pomysł zabawy w berka na klatce schodowej o 1.00 w nocy  nawet wtedy bym nie wpadła ;) Albo może ja za mało twórcza byłam? ;) Są miejsca specjalnego przeznaczenia jak studenckie kluby, puby, dyskoteki, można tam rozdzierać gardło na cały regulator bez szkody dla innych i dla siebie samego, bo wczorajszej nocy niejednemu sąsiadowi puściły nerwy i studenciaki musiały się trochę nasłuchać, co przecież wcale przyjemne nie jest, mimo że koniec końców spłynęły po nich te prośby i groźby jak woda po kaczce.
  Ale ponieważ ja miałam wyżej wspomniane stopery, to mimo niedogodności jestem dziś uśmiechnięta i wyluzowana niczym ten tu aniołek. I nie dam się sprowokować pyskatej młodzieży ;P



poniedziałek, 17 grudnia 2012

Święta tuż tuż!

  Jeszcze kilka dni i święta, a ja nadal jestem w proszku. Co prawda część prezentów jest już gotowa i czeka na pakowanie, ale to ta mniejsza część. Nadal brakuje mi pomysłów i czasu na pozostałe. Poza tym świąteczne porządki też wciąż przede mną. Jedyne co jest gotowe, to choinka, na której... nie ma ani jednego mojego aniołka. Szewc bez butów chodzi ;) Ale za to będą sobie moje maluchy dyndać w innych domkach, a moje oko cieszą gwiazdki i dzwoneczki od Turkisy :)
   Ale w sumie tak naprawdę piszę, bo może poradzicie mi jakie ciasto upiec na święta? W planie mam sernik londyński i jakieś małe ciasteczka cynamonowe albo coś w ten deseń, ale potrzebowałabym jeszcze jednego zjawiskowego, a jednak nieskomplikowanego pomysłu na świąteczny wypiek. Pomożecie? ;)

piątek, 14 grudnia 2012

Jak Kot ze Shreka

  No powiedzcie same czy umiałybyście odmówić prośbie popartej takim spojrzeniem? ;) Muszę postawić tego janiołka przy lustrze i ćwiczyć, ćwiczyć!



czwartek, 13 grudnia 2012

Lazur

   Skoro wczorajszy post sponsorowało słonko, to dziś do kompletu musi być lazur, tym bardziej, że dziś u mnie piękna zima: śnieg, mróz i słoneczne niebo. Całe szczęście, że siedzę w ciepełku i mogę gwizdać na zimno. To słońce to chyba za sprawą Kini. Tyle mi go przesłałaś, że do dzisiaj wystarcza :D
  Wczoraj wreszcie udało mi się wygospodarować trochę czasu na świąteczne zakupy. Pierwsze prezenty kupione, teraz trzeba iść za ciosem i zdobyć resztę. Oprócz prezentów udało mi się kupić wymarzone foremki śnieżynki, którymi zachwyciła mnie Monika. Do kompletu wzięłam jeszcze foremki pomyślane do produkcji goździkowych płatków, ale mnie posłużą w innym celu. Mam nadzieję, że po świętach  będzie okazja, żeby zaprezentować efekty ;) Była jeszcze cała masa innych pięknych foremeczek w rozmiarach takich akurat dla moich małych aniołów, ale gdybym chciała kupić wszystkie, to na prezenty nie zostałoby już nic ;) Musiałam więc obejść się smakiem patrząc na reniferki, ptaszyny, dzwoneczki, listeczki itd. Ale za to nie oparłam się pokusie i zaopatrzyłam się w baaardzo, ale to baaaardzo ciepłą czapę, podszytą polarem. Uwielbiam miękkie i ciepłe ubrania. Zachodzę w głowę dlaczego jako dziecko nie cierpiałam nosić czapki i kiedy tylko po wyjściu z domu znikałam za zakrętem, gdzie czujny wzrok mojej troskliwej Mamy nie mógł mnie już dosięgnąć, wciskałam czapkę w kieszeń i odmrażałam sobie uszy. Nie umiem też pojąć jakim cudem wiecznie gubiłam rękawiczki, aż w końcu Mama do wszystkich podorabiała mi sznurki i do dwunastego roku życia nosiłam tylko takie. Mało tego, pewnego dnia zgubiłam tornister, innego  rower.  Myślę dziś, że pewnie tak byłam zajęta zabawą z koleżankami, że nie skupiałam się na takich drobiazgach jak klucze do domu czy rękawiczki. Aaa, i jeszcze byłam zapaloną ogrodniczką, sadziłam wszystko co wpadło mi  w ręce. Naprawdę wszystko. Skarpetki, żeby urosły podkolanówki, połamane kredki świecowe, żeby odrosły, pieniążek od Babci, żeby urosło więcej. Oczywiście nigdy niczego nie odnalazłam, choć wydawało mi się, że pamiętam miejsca ;) 
Fajne są dzieci, mają całkiem inną wizję świata i tego co ważne :) Aż mi żal, że dorosłam... A nie, jednak mi nie żal, musiałabym znowu chodzić na lekcje matmy...
     


środa, 12 grudnia 2012

Słoneczny anioł na pochmurny dzień

   Wczorajsze popołudnie nie należało do tych z grupy ubaw po pachy, dlatego dziś potrzebuję  słonecznej energii. Za oknem raczej pochmurno, ratuję się więc jak mogę, a właściwie ratuje mnie mój mały żółciutki koleżka. Co na niego spojrzę, to robi mi się cieplej :)
  Mam za sobą ekstrakcję ósemki i nadal jestem troszeczkę obolała. Poza tym marzy mi się ciepła herbata z cynamonem, goździkami, miodem i plasterkiem pomarańczy, ale na razie mój repertuar napitków ogranicza się do wody mineralnej i zimnej herbaty ;) Może jutro...    
   Pracy z masą solną mam mnóstwo, bo wpadło mi kolejne zamówienie, a ciągle jeszcze kończę poprzednie. Wczorajszy wieczór wypadł mi z solnego grafiku, bo zgnębiona pulsującym bólem paszczęki zdołałam pomalować tylko kilka par anielskich skrzydełek. Poza tym wypada wreszcie zająć się poszukiwaniem prezentów, bo na razie mam tylko trochę słodyczy... Przymierzam się dziś do nalotu na TK Maxx. Może uda mi się znaleźć coś ciekawego :) A jak Wasze świąteczne przygotowania? Prezenty już spakowane i przewiązane wstążką? :)
     

 


wtorek, 11 grudnia 2012

Cherubinek z muchą

     Jestem zbyt niewyspana żeby napisać cokolwiek, dlatego dziś przemówią tylko zdjęcia :)
Buziaki i miłego dnia!



poniedziałek, 10 grudnia 2012

W pojedynkę

  Pierwsza partia nowych solniaków z kolekcji grudzień 2012 jest już spakowana i dziś rusza w świat. Po tygodniowym ślęczeniu przy biurku z pędzlem w dłoni kręgosłup mam pogięty niczym ruski paragraf, ręce obolałe powyżej łokcia, a i mój okulista może się spodziewać rychłego zarobku. Ale nie ma co jęczeć, najważniejsze, że wyrobiłam się dwa dni przed czasem! Jeszcze dziś rano zrobiłam ponad trzysta zdjęć (przynajmniej z sześć zdjęć na sztukę, tak dla pewności ;), żeby uwiecznić cały komplet, bo tylko to mi po nich zostanie. Od niedawna mam nowy aparat, więc mam nadzieję, że od teraz zdjęcia na blogu będą się lepiej prezentować. Niestety - jak mówi nasze przysłowie - gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy - i tak oto dzisiejszego zimowego poranka dwa aniołeczki straciły skrzydełka. Za szybko chciałam się uwinąć z tymi zdjęciami. Jednak nie ma tego złego - naprawię je sobie i w tym roku na mojej choince też zawisną anieli :)
    Ale ja tu gadu gadu, a anielska modelka coraz usilniej domaga się mojej atencji... Zatem ustępuję jej pola :)



I jeszcze w innym świetle ;)

środa, 5 grudnia 2012

Sezon aniołkowy uważam za otwarty!

    Od kilku dni u mnie na tapecie, a raczej na gazetce reklamowej jednego z marketów budowlanych ;) "małosolne" aniołki. Dawno nie miałam do czynienia z solniakami. Musiałam przypomnieć sobie jaka konsystencja ciasta jest najlepsza, jak lepić fryzurki itd. Od niedzieli całe dnie lepię, suszę i maluję. Robota przyjemna, ale kręgosłup boli i oczy trochę gorzej widzą ;) Pewnie stąd to nieostre zdjęcie pstrykane o 1.00 w nocy;) A wczoraj wydawało się takie wyraźne :D

    Minie jeszcze kilka dni zanim aniołki będą skończone. Jak wiadomo najwięcej czasu pochłania schnięcie. Nie ma szans na przeskoczenie któregoś z etapów. Nie pomaluję skrzydeł zanim nie wyschnie przód sukienki, nie pomaluję tyłu zanim nie wyschnie przód. Mam więc zapewnioną rozrywkę przynajmniej do  końca tygodnia, jeśli nie lepiej :)
     Lepienie aniołów to jeden z moich sposobów na oderwanie myśli od codzienności. Ostatnio dręczy mnie pytanie jeszcze z czasów licealnych lekcji polskiego i lektury "Granicy" albo czegoś w ten deseń ;) Jesteśmy tacy jak sami siebie postrzegamy czy jak widzą nas inni? No i dalej, czy być sobą i postępować zgodnie z własnym sumieniem, nie bacząc na ciosy zadawane w zamian, bo wiadomo, że dobrego  (w obecnych czasach dobrego = słabego) łatwiej lać czy może robić tak jak inni, czyli ćwiczyć asertywność, żeby nie dać się zadziobać na "ament", jak mówiłam w dzieciństwie. Przy tej drugiej opcji czuję się zmanipulowana, bo pozwalam kształtować swoje zachowanie ludziom, których ani nie podziwiam, ani nawet nie lubię, tylko po to, żeby się bronić przed ich atakiem, natomiast przy pierwszej, tzn. zachowując wszystkie wyniesione z domu zasady życia społecznego jak nadstawianie drugiego policzka i bieg galopem na pomoc każdemu kto zawoła, jestem z kolei sfrustrowana, bo koniec końców mało kto tę pomoc doceni i zamiast wdzięczności zbieram cięgi od wszystkich w myśl zasady: jak masz miękkie serce, to musisz mieć twardą ... pupę. Takie to myśli nawiedzają mnie przy malowaniu tęczowych aniołów :) 
    A wracając do masy solnej, to pewnie od następnego tygodnia po kolei zacznę Wam przedstawiać wszystkich bohaterów dzisiejszego zamazanego zdjęcia :) Trzymajcie się ciepło!

wtorek, 29 maja 2012

Wymianka

   Zbierałam się do pisania już od piątku, ale mycie okien, pranie firanek, szorowanie piekarnika i inne podobnie pasjonujące sprawy pochłonęły mnie bez reszty. Szczęściem w niedzielę załapałam się jeszcze na ładną pogodę i udało się wybrać na długą wędrówkę w kierunku Wyspy Opatowickiej. Nie pamiętam czy Wam wspominałam o moim wiekopomnym odkryciu dotyczącym tejże wyspy? Otóż po mojej przeprowadzce do ciasnego, ale własnego domku spacer w tamte okolice jawił mi się jako wielka wyprawa, ponieważ najpierw musiałam dojechać w pobliże wyspy, no a potem już wiadomo łazikowanie i znowu powrót autem. Po kilku takich wypadach zaczęły nas gnębić podejrzenia, że coś tu nie gra, jakieś niejasne przeczucie, że chyba ktoś tu próbuje nas zrobić w balona. Okazało się, że my sami tacy sprytni byliśmy, bo mieszkamy ni mniej ni więcej tylko na przeciwko wyspy, z tym że widok po drodze przesłania nam kilka zagajników :D Od tamtej pory wydeptujemy ścieżki na wyspę albo wzdłuż Odry w kierunku zoo. Niestety w czerwcu przejście na wyspę będzie zamknięte z powodu remontu, ale wzdłuż rzeki nadal będzie można spacerować, grillować i się opalać. To tyle  tytułem wyjaśnienia dlaczego dopiero dzisiaj chwalę się TAKIMI ŚLICZNOŚCIAMI!!! 
       Daty nie trzymają się mojej głowy i poczucie czasu też mam podobno swoje własne (tak przynajmniej twierdzi Jeden Taki ;), niemniej jednak, około kwietnia (?) umówiłam się z Jolutką na wymiankę. Jola upatrzyła sobie tildowego ślimaczka, a mnie dała tyle opcji do wyboru, że prawie oszalałam i bombardowałam jej skrzynkę mailami , że to chce, albo nie, tamto. W końcu mój wybór padł na album..., ale Jola do albumu się wcale a wcale nie ograniczyła i kiedy zaraz po wyjściu z poczty z niecierpliwością kluczykiem rozcinałam taśmy zabezpieczające moim oczom ukazały się takie oto majstersztyki.
   Śliczna karteczka - Jola połączyła papier i bawełnianą koronkę. Zerknijcie proszę o tu, a zobaczycie to cudeńko w pełnej krasie.



   Jeszcze nie zdążyłam się nazachwycać a tu kolejne cudo!! Ramka na zdjęcie z pięknymi trójwymiarowymi liśćmi bluszczu, perełkami i papierowymi falbaneczkami. Do tego kwiatuszki i morze turkusu, czyli wszystko tak jak kocham.


   To były kompletnie niespodziewane niespodzianki (dziękuję Ci pięknie Jolu, żebyś Ty mnie widziała jak walczyłam kluczykiem z taśmą, żeby czym prędzej dostać się do środka, hihi), natomiast przedmiotem wymianki był ten tu piękniś, czyli mój wymarzony album ślubny.



   Cały wieczór przesiedziałam na sofie z prezentami tuż pod ręką, żeby co jakiś czas móc po nie sięgać i sycić oczy ich urodą. Mało tego, ja jestem baba-sroka, lubię kiedy jest strojnie i turkusowo, więc rzecz jasna byłam ZACHWYCONA, ale oniemiałam kiedy  On zaraz po przestąpieniu progu zapiał: "Ale ładne!!! Co to jest?", bo naprawdę rzadko udaje mi się wzbudzić taki aplauz moimi pracami. Ten okrzyk był więc najdobitniejszym potwierdzeniem mistrzostwa Jolutki :) Oczywiście zaraz odbyło się komisyjne liczenie ile zdjęć będzie trzeba wywołać. Nadmienię tylko, że tych zdjęć z wiadomych względów jeszcze nie ma, a już mają zaplanowaną przyszłość :D 
   Na razie całość leży zapakowana na półeczce i czeka na swój dzień :) Jolu, bardzo, bardzo Ci dziękuję(my) :* 
   Z kolei ja dla Joli miałam zrobić COŚ, bo co prawda Jola pod ślimaczkowym postem napisała, że ślimak, owszem, ale też że lubi fiolety, zielenie i niespodzianki. Z tej przyczyny powstał ślimaczek z fioletowo-fuksjowymi dodatkami, a że podróż w pojedynkę jest nudna, to przydzieliłam mu wesołą kompaniję w osobie pękatego misia i dwóch aniołów stróżów. 
   Tak cała paczka prezentowała się na godzinę przed wyprawą:


   A to już efekt moich zabaw z aparatem, co niestety skutkuje tym, że coś poprzestawiałam i teraz nie wiem jak wrócić do stanu wyjściowego... :/ Od tamtej pory nie umiem ustawić ostrości, co niestety widać na zdjęciach prezentów od Jolutki, ale jeśli tylko uda mi się naprawić, co popsułam, to podmienię zdjęcia na  wyraźniejsze.



   Tymczasem żegnam Was, ale niebawem powrócę, bo na warsztacie od kilku dni  mam kolejną lalę. Buziaki i do zobaczenia wkrótce!

(EDIT Za zgodą Jolutki pożyczyłam jej zdjęcia, bo w przeciwieństwie do moich pokazują koronkową robotę Autorki :)




A to już moje wytworki w domciu Joli:


wtorek, 7 lutego 2012

Robótkowa wena wróciła!!

   Dziś u mnie mnogość dobra wszelakiego i na blogu i w życiu. Zacznę od życia ;) Bladym świtem wystartowałam do mojej pracy dodatkowej, czyli na lekcję francuskiego. O 8.00 byłam już po wtłaczaniu wiedzy do głów i teraz siedzę sobie wygodnie w biurze delektując się pyszną kawką i rozgrzewając zziębnięte członki farelką, która w moim subiektywnym rankingu ocieplaczy plasuje się na poczytnym pierwszym miejscu, tuż przed termoforem i ciepłymi skarpetami. 
   Zaraz po pracy pędzę do dentysty, a następnie do szewca odebrać buty, które miały być gotowe na sobotnie tańce, ale pan szewc nie dotarł do zakładu na czas, w rezultacie czego zostałam bosa i bez koncepcji stroju (jednakowoż po chwilach grozy w stylu "nigdzie nie idę, nie mam co na siebie włożyć" pokonałam piętrzące się przeciwności i ostatecznie nie wyszłam do ludzi ani goła, ani bosa ;) A wczoraj wzięłam się wreszcie do roboty i gdyby nie dzisiejsza pobudka o 6.00, to może miałabym już nawet co pokazać, jednak zdrowy rozsądek kazał mi poprzestać na przygotowaniu wykrojów i zrobieniu fastrygi, ponieważ (nie chcę zapeszać...) moja maszyna drgnęła na skutek moich wczorajszych manipulacji i morza łez wylanego nad instrukcją, w której napisali, że problemem może być chwytak, ale już co to ten chwytak, to na trzydziestu stronach ani mru mru. Najważniejsze, że póki co maszyna działa. Jeśli znowu się zbiesi i odmówi posługi, to nie będzie zmiłuj dla tego złośliwego sprzętu - oddam go w zdolne rączki Trill i niech zrobi z tą małpą porządek raz na zawsze. (Trilluś dziękuję :*)
   Tymczasem, póki robótka nie jest skończona pokażę Wam jakie zastępstwo załatwiłam świątecznym reniferom. Tęsknię już za wiosną, więc od niedzieli na ścianie miast wdzięcznych pomocników św. Mikołaja powisają u mnie "małosolne" serduszka i cherubinek przerobiony na zawieszkę ze stłuczonego pierścionka na serwetki. Do tego moje spełnione marzenie - hiacynt, który kwitnie jakby się wściekł i wypełnia zapachem całe mieszkanie. I to tyle na dzisiaj. Do zobaczenia wkrótce!


I jeszcze jedno ujęcie w pełnym słońcu ;)

poniedziałek, 6 lutego 2012

Elegancik w kancik

 Grubasek czekał, czekał aż się doczekał mojego zmiłowania. Bidaka stracił nochalek w wypadku, który sama spowodowałam, ja niedobra... Pokazywałam lepiuszki koleżance i chwyciłam go tak niefortunnie, że wyśliznął mi się z rąk i po nosku wszelki słuch zaginął. W ramach rekompensaty za straty moralne dostał najprawdziwszy koralikowy nosek, a do tego fioletową muchę. Tak mi się spieszyło ze zdjęciami, że nie czekałam aż klej zupełnie wyschnie, stąd biała plamka przy nosie. Tłumaczę, żebyście nie myślały, że Michu cierpi u mnie niedolę i katar leje mu się z nosa ;) 
      Wczoraj skończyła się moja laba. Wszyscy uczniowie wrócili z ferii, więc na razie koniec z wolnymi popołudniami, zaczyna się orka ;) Trudno, na hobby będę musiała poświęcić nocki, bo ręce już mocno mnie świerzbią z tęsknoty za masą solną i szyciem. Niestety do tej pory nie udało mi się na dobre uruchomić sprzętu szyciowego, tzn. jest lepiej, bo maszyna nie plącze nici pod spodem i nie hałasuje jak wściekła, ale do idealnego ściegu jest jeszcze daleko. Na moje nieszczęście posiałam gdzieś instrukcję, a bez tego z naprawą ani rusz. 
     Oświeciło mnie przed sekundą, że przecież jest google :D I udało się. Za chwilę biorę się za studiowanie, miejmy nadzieję, że coś z tego zrozumiem, bo z instrukcjami nigdy nie byłam za pan brat ;) Trzymajcie kciuki za powodzenie całej operacji! ;)

piątek, 3 lutego 2012

Tłuścioszek cherubinek

    Trwa mój tydzień rozrywek towarzyskich. Wczoraj po raz kolejny wybrałyśmy się na ploty z Laobeth. Rzecz jasna na samych plotach się nie skończyło, bo przecież nie ma to jak rozmowa przy kawie i ciastku, nawet jeśli Pani Kelnerka sama decyduje, że Laobeth wolno zjeść ciastko z bitą śmietaną i porcją owoców, a mnie już nie i przynosi mi jedynie gołe ciasteczko na malusieńkim talerzyczku ;(
     Pod koniec wieczoru na chwilę dołączyli do nas Pan Mąż Laobeth i ich Synuś, a ja - jak to ja, bez przygód ani rusz, więc Maluchowi zapewne zapadłam w pamięć jako ta pani, która upaprała cały świat jogurtem przeznaczonym na drugie śniadanie w pracy, a który dokończył żywota jako maseczka na dłonie. Kiedy jęczałam, że "oooo maaaatko, moje kable od aparatu", usłyszałam cichy i opanowany głos rozsądku: "Nie załamywuj się" - rady tej udzielił mi dwuletni synek Laobeth. Niniejszym oficjalnie ogłaszam, że od wczoraj te słowa powiększyły mój zbiór maksym na trudne chwile. 
    A skoro już opowiadam o lekcjach życia udzielanych przez dwulatków, to jeszcze wspomnę historię wyznania miłości, którą usłyszała moja Siostrzyczka.
- Ciociu, kocham Cię tak baldzo baldzo, ze kupiłbym Ci wszystko.
- Ja Ciebie też kocham Miłoszku.
- I tes kupiłabyś mi wszystko?
- Wszystko Miłoszku.
- A kupis mi spinga? 

Uczę się zatem zdrowego rozsądku i trudnej sztuki negocjacji od dwulatków :D

PS. Ani Siostra, ani ja nie wiemy czym jest "sping". Może któraś z Was umie rozwiązać tę zagadkę?

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Szczęśliwe pożycie

   Dawno nie było u mnie miśków, dlatego dziś wybrałam szczęśliwych małżonków Bunię i Gotfryda. Oboje są w sile wieku i tworzą parę dostojną i przystojną zarazem. Choć Gotfryd ma nieco krzywe nogi, to ten brak kompensują jego elegancja i nienaganne maniery. A skoro już o przystojności mowa... Przypomniała mi się historia z początku studiów. Mieszkałam wtedy na stancji u Pani Babci, jak zwykłam o niej mawiać. Pani Babcia znała mnie tylko z tego, że jestem kujonem ślęczącym całe dnie nad książkami w leginsach i bluzie, ewentualnie flanelowej koszuli. Któregoś dnia spotkała mnie w mieście, kiedy byłam ubrana "do ludzi" i... nie poznała mnie, ale ja poznałam Panią Babcię, więc podeszłam, zagaiłam i tymczasem pożegnałam. Kiedy wróciłam na stancję usłyszałam ten oto komplement mówiony z bardzo charakterystycznym, lekko francuskim "er" : "Kaholina, ja nie wiedziałam, że jesteś taka przystojna". Wiedziałam, że był to komplement, zatem grzecznie podziękowałam, ale jako dziewiętnastolatka nie bardzo umiałam sobie poradzić z byciem "przystojną" :)
    Natomiast wracając do czasów współczesnych, w weekend świętowaliśmy 87. urodziny mojej własnej kochanej Babci. Impreza rodzinna była zorganizowana w najwyższej tajemnicy przed solenizantką, role kuchenne rozdzielono uprzednio, więc każdy przygotował swoje popisowe dania. Na torcie były świeczki i raca, a Babcia oszołomiona niespodzianką i bardzo szczęśliwa ostatecznie popłakała się ze wzruszenia. Moja rodzina należy do tych tradycyjnych z mnóstwem dzieci, wnuków i prawnuków, w związku z tym było dużo zamieszania i śmiechu. Dopiero wieczorem dotarliśmy do domu moich Rodziców, a tu było niemniej wesoło za sprawą mojego Bratanka, który w niedzielę, już po powrocie do własnego domu, niepocieszony i zapłakany po rozstaniu z ciociami  poprosił o MMS-a z moim portretem, bo tak straaasznie tęskni. I jak tu nie kochać takiego Skarbulka? :)

piątek, 27 stycznia 2012

Bliźniaczki

   Hej hej Dziewuszki :) Wczoraj jednak wybrałam się do kina. Pierwszy raz skorzystałam ze zniżek przysługujących za zbieranie punktów na karcie Payback. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będą z tego korzyści i choć zbierałam punkty, to robiłam to bez przekonania. Tymczasem wczoraj Pan w kinie zaproponował wymianę punktów na popcorn i colę. I dwie dychy z groszami zostały w kieszeni, a ja poratowałam się kofeiną i cukrem, bo rzecz jasna wybrałam popcorn karmelowy :) 
    Przyznaję, że czołówka filmu przeraziła mnie nieco wrzaskliwą muzyką i postaciami utaplanymi w piekielnej smole (przynajmniej mnie się tak skojarzyło), ale film był świetny, biorąc pod uwagę, że zaliczam się do zagorzałych miłośników kryminałów. Przymierzałam się też do zakupu książki, ale to byłby już zbytek szczęścia ;) Przyjemności trzeba sobie rozsądnie dawkować, żeby umieć je odpowiednio docenić. Dobrze zachować kilka marzeń na przyszłość, bo przecież nie od dziś wiadomo, że najlepszą zabawą jest gonitwa za króliczkiem, dlatego pobiegam do przyszłego miesiąca ;) 
     Film odpędził zmęczenie na dobrych kilka godzin, ale w domu od razu padłam i zasnęłam na sofie pozwijana w esy floresy. Och jak ja tęsknię za wiosennymi długimi dniami, choć dziś za oknem wiosennie, no, przedwiosennie ;) Słońce świeci jak oszalałe, śniegu już nie ma, więc mogę poudawać, że jest ciepło, przynajmniej do czasu kiedy wyjdę na zewnątrz i poczuję to -8 wskazywane przez termometr ;)
     Miłego dnia!

PS. Zuzanka słusznie zauważyła, że nie wspomniałam o jaki film chodzi! Haha, zapomniałam, że nie każdy wiedział o moich planach :) A więc chodzi o "Dziewczynę z tatuażem" :)


czwartek, 26 stycznia 2012

Turkisowy

   To nie literówka :) Nie miało być "turkusowy", a Turkisowy właśnie, bo dziś pokazuję Wam aniołka, który jeszcze przed świętami pofrunął do Turkisy i zdaje się wylądował na jej choince, ale zanim pofrunął zgodził się na krótką sesję fotograficzną. Natomiast Turkisa podarowała mi całe mnóstwo bieluteńkich, sztywno wykrochmalonych szydełkowych i lnianych ozdóbek, które na razie nie doczekały się zdjęć, bo nadal wiszą na choince i nieodmiennie budzą zachwyt gości. Do tego Turkisa dołożyła łakocie i nie wiedzieć skąd wydobyła informację, że wprost przepadam za holenderskimi stroopwaflami. Najwyraźniej ma dojścia do jakiegoś tajnego kanału informacyjnego...;) Nie muszę chyba wspominać, że słodkości zniknęły w tempie błyskawicznym :p
   Wszystkie choinkowe podarki sfotografuję jak tylko się z tą moją choinką uporam, bo na razie nie miałam dla biduli czasu. Mam nadzieję, że zdążę w sezonie zimowym... ;) W ogóle chyba za dużo wzięłam ostatnio na głowę, bo znowu padam ze zmęczenia i wychodzi na to, że zaraz po pracy zasiadam do kolacji, potem chwilę odzipnę przy telewizji, kąpię się i do wozu - do spania znaczy;), a rano zaczyna się ten sam kołowrotek. Czy Wy podobnie jak ja macie się za gieroje nie do zniszczenia i jesteście pewne, że wszystkiemu dacie radę, a potem okazuje się, że sił już nie ma, natomiast zobowiązania zostają i chcąc nie chcąc, goniąc na rezerwie, trzeba je wypełnić? Ja tak mam zawsze. Nie umiem mierzyć sił na zamiary. Od kiedy pamiętam mam przynajmniej dwa równoległe zajęcia. Kiedyś były dwie prace i dzienne studia, potem podwójne studia dzienne i do tego dwie prace i dałam radę. Chyba z tego okresu pozostał mi nawyk, że muszę bez przerwy gdzieś gnać, coś robić, bo w przeciwnym razie dopada mnie poczucie bezsensu. Nie wzięłam tylko pod uwagę, że jestem dziesięć lat starsza i regeneracja nie następuje tak szybko :) W związku z powyższym niedospana jestem OKROOPNIE (tu nastąpiło rozdzierające ziewnięcie). Po południu miała być wreszcie rozrywka i kino, ale czuję, że chyba nie dam rady i padnę jak kawka :) Czasu na rękodzieło niet, a tego brakuje mi najbardziej, bo moje anioły i szycie filcaków to najlepszy sposób na odreagowanie szału codzienności. Na szczęście w marcu szykuje mi się długi, bo aż dwutygodniowy urlop. Urraaaa! - jak krzyczą bracia Rosjanie. Wrócę wypoczęta, pełna zapału do pracy i z nową dawką optymizmu :D

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Potańcówka w remizie

   Weekend przeleciał jak z bicza trzasnął. Dzięki odwiedzinom Siostrzyczki znowu się obkupiłam na wyprzedażach, bo nie ma to jak siostrzana rada ;) Zwłaszcza, że ostatnio z trudem przychodzi mi podejmowanie zakupowych decyzji. 
     Poza tym ubiegły tydzień minął mi pod znakiem wypieków. Najpierw skusiłam się na sernik bananowy, a potem jeszcze na szybko powstała karpatka. Jeśli któraś z Was do tej pory nie słyszała o "cieście karpackim" z  Lidla, to gorąco polecam. Wiem, wiem, ja też byłam nastawiona sceptycznie. U mnie w domu ciasta piecze się własnoręcznie ze świeżych wiejskich jajeczek. Ba, mało tego! Tato często gęsto przywoził również mąkę prosto z młyna. Nie tolerujemy ani proszkowych ciast, ani mas, które zostawiają mydlany posmak na podniebieniu, z wyjątkiem tej karpatki, którą polecam z czystym sumieniem. Gwarantuję, że zniknie tego samego dnia ;) Nawiasem mówiąc chyba powinnam dostać jakąś prowizję za reklamę, ale nie darowałabym sobie, gdybym nie podzieliła się z Wami tym smakiem. Natomiast w przyszłym tygodniu moja rodzina świętuje urodziny Babci i w związku z tym również noszę się z zamiarem wypieczenia jakiegoś smakowitego ciasta. Może wreszcie wypróbuję przepis Turkisy na ciasto z krakersami, choć zawsze mam lekkiego cykora, kiedy piekę ciasto po raz pierwszy, bo to, że wychodzi pyszne z rączek Turkisy to jedno, ale czy wyjdzie u mnie, to już insza inszość...
     A wracając do aniołka, to gwiazdki na sukience nadały mu charakter amerykańskiej gwiazdy muzyki country lub... miłośnika potańcówek w wiejskiej remizie. Taki swojak :)
     

czwartek, 19 stycznia 2012

Dumna i blada

     Muszę się pochwalić, bo nie wytrzymam. Wczoraj dostałam pierwsze blogowe wyróżnienie, a tę niespodziankę sprawiła mi Bosa Stopka - aniołkowa mistrzyni. Dziękuję!


   Jak wyczytałam na jej blogu wyróżnienie zobowiązuje mnie do wyjawienia siedmiu prawd o sobie. Przystępuję zatem do dzieła.

Prawda 1. Rano trudno zwlec mnie z łóżka, bo w nocy uruchamia mi się tryb aktywności - sprzątam, gotuję, szyję, lepię - ogólnie mówiąc do godz. 1.00 biegam i mam mnóstwo energii, którą muszę jakoś spożytkować, następnie do godziny 16.00 zapadam w stan hibernacji.

Prawda 2. Nie bardzo lubię gotować, a surowe mięso ruszę tylko w rękawiczkach. Jeśli już biorę się za gary, to wybieram dania nieskomplikowane. Uwielbiam kuchnię hinduską, za prawdziwego butter chicken dam się pokroić ;) 

Prawda 3. Jak każdy łasuch bardzo lubię wypiekać słodkości, siadam wtedy na przeciwko piekarnika i patrzę jak sroka w gnat na rumieniące się ciasto. Ten rytuał powtarzam od dziecka.

Prawda 4. Choć nie lubię bałaganu, to bałaganiara ze mnie nieprzeciętna, ale w  rozgardiaszu jakoś się orientuję, natomiast po gruntownych porządkach nic nie potrafię znaleźć. Teraz akurat jestem na etapie poszukiwania uporządkowanych przed świętami sznurków i tasiemek...

Prawda 5. Jeśli sytuacja mi nie leży, wówczas po cichu zwijam żagle i  niezauważona odpływam. Niczego nie tłumaczę, tylko fiuu i już mnie nie ma.

Prawda 6. Kiedy prawda 5. z jakichś niezależnych ode mnie przyczyn nie może być wcielona w życie, wówczas po prostu się wyłączam i kompletnie tego nie kontrolując pogrążam we własnym świecie.

Prawda 7. Rodzina jest dobra na wszystko.

No to się odkryłam... ;)

   Mogę wyróżnić aż 15 osób. Od razu powiem, że najchętniej wyróżniłabym wszystkie obserwowane blogi, bo w końcu dlatego je obserwuję, że mi się podobają. Jednakowoż, jak mawiają starzy łacinnicy: dura lex sed lex ;) Dlatego tym razem wybieram:

1. Turkisa - za głowę pełną pomysłów, pracowite łapki i życzliwość
2. Laobeth - za anielską cierpliwość do krzyżyków i cudnych frywolitek
3. Trill - za wywołujące zawrót głowy szydełkowe cuda
4. Dudqa - za wszechstronne talenta, a już Twoje komódki to mistrzostwo świata
5. Nowalinka - za najpiękniejsze kartki
6. Romi - por tus bellísimos chales
7. Elyago - your dolls are amazing
8. Grażyna - dzięki której odkrywam piękno Wenezueli i ... Polski
9. Kasia - choć na razie zakończyła blogowanie, to bardzo lubię jej filcowe cudaczki
10. Mazanka - za pomysłowość i ogromny talent
11. by_giraffe - za śliczne szydełkowe maleństwa
12. Bosa Stopka - za cudne anioły
13. Magda - Twoje domki (i nie tylko ;) są śliczne!
14. Daniela - za mistrzowskie operowanie igłą i nitką 
15. Beata - za prześliczną biżuterię

Mam nadzieję, że nie przeoczyłam informacji, że któraś z Was wyróżnień nie przyjmuje... Jeśli tak, to wybaczcie.

   A teraz jeszcze mały nocny Anioł Stróż ze skrzydełkami utkanymi z obłoków, który pilnuje, żeby moje sny na pewno były kolorowe.


O matko, jaki długi ten post. Kończę już, bo ileż można ;) Miłego dnia!