Pamiętacie jak pisałam, że marzy mi się tildowa mysz? Marzyła mi się chyba ze dwa miesiące, w końcu podjęłam męską decyzję, zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty. Zajęło mi to kilka wieczorów. Szycie jak szycie, ale ponieważ nadal jest ze mnie krawiecki żółtodziób, to oczywiście musiałam coś namieszać, a do mieszania wybrałam ubranko. Najpierw źle skroiłam spodenki, potem starałam się ratować pocięty materiał, więc kombinowałam, szyłam, prułam... Właśnie na tym ratowaniu zmitrężyłam najwięcej czasu, tym bardziej, że powoli zaczynałam tracić cierpliwość, kiedy po raz kolejny okazywało się, że zszyłam nie te boki, ale tfarda byłam, nie miętka :D Koniec końców osiągnęłam zamierzony efekt. Tak przynajmniej mi się zdawało, bo miał być Mysz i wydawało mi się, że Mysz jest, ale po prezentacji Przed Kim Trzeba usłyszałam, że "wygląda jak baba". Ta niespodziewana krytyczna uwaga zbiła mnie nieco z pantałyku, ale doszłam do wniosku, że zwyczajnie każdy widzi co lubi i tego się trzymam :)
Myszol ma ruchome wszystkie cztery łapki. Może któregoś dnia uda mi się to pokazać, jeśli sfotografuję go przy pracach domowych, bo ostatnio moje zdjęcia są nieodmiennie pstrykane w biegu między zaparzaniem porannej kawy, malowaniem oka i panicznym "co ja mam dzisiaj ubrać, bo nic nie wyprasowane!!??!!??"
I jeszcze w nieco pogodniejszym anturażu:
W międzyczasie zrodziło mi się kolejne szyciowe marzenie, do którego realizacji dojrzewam. Chodzi o lalę, tym razem nie tildową, ale też mięciutką i do przytulania.
Teraz biorę się za komentarze i myszkowanie po Waszych blogach. Buziaki i miłego dnia!
