Kolejny weekend za mną. Mimo początkowego pozytywnego nastawienia, uśmiechu na twarzy i radosnej pieśni na ustach oczekiwany czas wypoczynku niepostrzeżenie zamienił się w weekendowy koszmar, a wszystko za sprawą przedstawiciela mojej wspólnoty mieszkaniowej, który swoją rolę postrzega jako okazję do wrzasków, pieniactwa i obelg pod adresem każdego, kto się napatoczy. Nic to, tacy też mają prawo żyć, grunt to nie dać się sprowokować, ale ile mi krwi napsuł, to jego. Myślę czasem, że ludzie pokroju Pieniacza z lżenia i poniżania innych czerpią siłę do działania, a dokładniej mówiąc do dalszego, coraz bardziej bezsensownego, ale za to głośniejszego gadania o wszystkim, byle nie o tym co ważne, bo konkretnych czynów przynoszących wspólnocie wymierne rezultaty niestety brak. A wszystko zaczęło się od tego, że w tygodniu zaproszono mnie na rozmowę w sprawie obniżenia kosztów zakupu oleju opałowego, bo z niewiadomych przyczyn ktoś zadecydował, żeby kupować drogo i bez sensu musieliśmy bulić jak za złoto. Pełna zapału naiwnie uwierzyłam, że zaproszenie do dyskusji rzeczywiście ma prowadzić do wydawałoby się logicznego celu wszystkich mieszkańców, czyli zakupu oleju po jak najniższej cenie. Choć nie działam w zarządzie, który za takie zadania pobiera wynagrodzenie wliczane w czynsz, to w ramach wolontariatu chętnie poświęciłam czas na poszukiwanie tańszego dostawcy i w sobotę, zaraz po pracy, udałam się na spotkanie. Okazało się, że przygotowałam się tylko ja. Mimo, że informację o możliwości zakupu dużo tańszego opału przekazałam jeszcze w lutym, to do 12 maja nikt z osób odpowiedzialnych za tę dziedzinę nie pofatygował się, żeby choćby zatelefonować do wskazanego dostawcy oleju opałowego, za to przypuścili atak na mnie: że skąd ja wiem, a czy jest tak, czy siak, przy czym były to pytania niby do mnie, ale zaraz po nich, zanim jeszcze zdążyłam odpowiedzieć usłyszałam, że odpowiedzi nikt słuchać nie będzie, bo zaproszona jestem wyłącznie po to, żeby mnie uświadomić.... No bardzo przepraszam, mam 31 lat i uświadamiać mnie nie ma najmniejszej potrzeby, poza tym znam większe autorytety niż Pieniacz, który plecie nie na temat, przerywa w pół słowa i arogancko przekrzykuje rozmówcę, że NIE, WŁAŚNIE ŻE NIE BĘDĘ SŁUCHAŁ!!! Cóż robić, żyjemy w wolnym kraju, ma chłopina prawo nie słuchać, jednakowoż mimo całej mojej otwartości i poszanowania praw innych jednostek nie umiałam pojąć jak w takim razie mamy rozmawiać? Co prawda jest powiedzenie, że może gadać dziad do obrazu, a obraz ani razu, ale na takie hece szkoda mi jednak czasu. Wolę zająć się wybieraniem welonu ;P A ponieważ w pyskówki z arogantami wdawać się nie lubię, to uprzejmie podziękowałam za spotkanie i próbowałam wyjść. W tym momencie nastąpiła demonstracja siły i próba zastraszenia przeciwnika, czyli tzw. puszenie ogona. Pieniacz zaparł się w przejściu zastawiając mi drogę i przesłaniając światło drzwi swoim rozbudowanym brzuchem. Jeszcze raz uprzejmie się pożegnałam próbując wyjść, choć przyznaję, że nie wiedziałam czy rozochocony i nabuzowany paniczyk nie przejdzie do rękoczynów, bo przez chwilę wyglądało, że sytuacja może się dla mnie skończyć raczej kiepsko. Na wszelki wypadek miałam w ręce telefon w razie gdyby potrzebna była pomoc policji. W końcu udało mi się wyjść, ale jak tylko drzwi zatrzasnęły się za mną usłyszałam pod adresem swoim i kilku innych mieszkańców wiązankę takich inwektyw, że uszy mi zwiędły, ochota do wolontariatu na rzecz wspólnoty bezpowrotnie zniknęła, a został jedynie niesmak i przekonanie, że dobrze nie będzie, bo z jakichś względów na przedstawicieli zbyt często wybieramy pieniaczy, awanturników i prostaków. I to nie dlatego, że mądrych ludzi nie ma, ale dlatego, że są bezsilni wobec krzyków i naprężonych mięśni arogantów i pieniaczy, bo wstyd im posuwać się do kłamstwa, bo brakuje im bezczelności. Smutne to, ale prawdziwe, niestety nie tylko w mikroskali wspólnoty mieszkaniowej.
Miało być o magnesach, a wyszło o życiu. Wybaczcie mi tę gorycz, ale nie potrafię przejść do porządku dziennego nad warcholstwem, po prostu nie potrafię. Często słyszę, że świata nie naprawię, ale przecież nie można się dać zakrzyczeć i wykorzystywać...
