środa, 5 grudnia 2012

Pomocy...

Dziewczyny, ratunku!!! Blogger informuje mnie, że nie mogę już dodawać zdjęć, bo mam zajętą całą przestrzeń zdjęciową. Co robić??

środa, 14 listopada 2012

Zakochany Śpioch

    Znowu połknęłam bakcyla krawcowej. Wracam po pracy, robię co trzeba w domu, a myślami jestem przy wykrojach, materiałach i mojej maszynie, która nawiasem mówiąc chyba tak do końca martwym przedmiotem nie jest, bo po każdej dłuższej przerwie w szyciu robi naburmuszoną minę i odmawia normalnego funkcjonowania: szarpie nici, robi przeróżne pętelki, supełki i inne wygibasy, tylko po to, żeby okazać swoje niezadowolenie i udowodnić, że maszyna też człowiek i też potrzebuje zainteresowania.
      Dlatego skruszona, przez cały ostatni tydzień poświęcałam jej każdą wolną chwilkę. Owocem naszej współpracy jest zakochany śpioch anioł. W oryginalnej wersji powinien trzymać podusię, ale to jest specjalny anioł na specjalną okazję. Wkrótce zdradzę jaką ;)
    Następna w kolejce do szycia czeka gąska z długą szyją na zamówienie Mamy małego Jacka. Na razie jestem na etapie studiowania wykrojów i dopasowywania ich do potrzeb dostarczonego drobiowego szkicu. Mam nadzieję, że podołam zadaniu ;)
    Aaa! Jeszcze jedno. Zwróćcie proszę uwagę na kraciasty obrus pod siedzeniem szanownego Śpiocha. To mój pierwszy w życiu własnoręcznie uszyty obrus. Tak, ja wiem, że to żadna filozofia uszyć obrus, ale zawsze podchodziłam do dużych gabarytowo materiałów jak pies do jeża, bo jakieś takie to trudne do ogarnięcia mi się wydawało. Ale ostatnia wizyta w Ikei natchnęła mnie odwagą i zdecydowaniem godnymi prawdziwej domowej bohaterki ;) Odważyłam się, pociachałam materiał na stoisku (co też przyprawiło mnie o palpitację serca, bo co będzie jak utnę krzywulca??;) i jeszcze tego samego wieczoru obrus był gotowy. Dumna jestem niesamowicie. Brzegi równo sfastrygowane i przeszyte, żadnej fuszerki :D 
    Oczywiście nie mogłam się oprzeć i oprócz głównego zakupu, to jest szafy z lustrem (uwielbiam Ikeowe szafy i kpię sobie z drwiących uśmieszków, którymi darzą mnie niektóre snoby z mojego najbliższego otoczenia ;) wróciłam do domu z łyżką do lodów, zapasowym obierakiem, bo poprzedni gdzieś wsiorbało, cudnymi podkładkami na stół, poduszką itp., itd. Powinnam mieć zakaz wchodzenia do Ikei lub ewentualnie wchodzić z klapkami na oczy i kierować się tylko do wyznaczonego sektoru ;) 
   Jak ja się cieszę, że znowu szyję!!

piątek, 9 listopada 2012

LOSOWANIE

   Przyznaję się bez bicia, mam poślizg w losowaniu zwycięzcy mojego urodzinowego candy i to poślizg nie mały - poślizg którego nie powstydziłaby się światowa liga panczenistów, ale udało się i  oto, tadaaaam, uruchamiamy maszynę losującą:

    
   Mam nadzieję, że w powiększeniu zdjęcia widać, że los padł na Edytę, która wybrała niespodziankę w kolorze czarnym lub brązowym. To dopiero wyzwanie dla takiej miłośniczki papuzich kolorków jak ja :)
Edytko, prześlij mi proszę swój adres i uzbrój się w cierpliwość, bo dopiero będę wymyślać niespodziankę dla Ciebie ;)
   Pozdrawiam i dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w moim candy! Buziaki i do następnego posta!

czwartek, 25 października 2012

Proszę Państwa, oto Miś...

    Uffff....No jestem nareszcie!! Jak ja się za Wami stęskniłam!! Powracam nieśmiało i powolutku, pełna obaw, że może już zapomniałyście kim jest Amanoo... Poza tym od początku zaczynam naukę szycia i idzie mi baaardzo mozolnie, bo przecież szwaczką jestem domorosłą i niewprawną, a od lipca zapomniałam dużo z tego, co wcześniej zdążyłam się nauczyć metodą moich własnych prób i błędów. 
    Ten Miś marzył mi się od dawna i choć wielu z Was wyda się łatwy do zrobienia, to ja napociłam się nad nim nieludzko. Łapki przyszywałam ze cztery razy, tyleż samo kroiłam i szyłam mu nowe uszy. Dodam do tego, że  po kilkumiesięcznej przerwie od maszyny do szycia, nożyczek i igły moje paluszki zeszlachetniały i wydelikatniały :P, tak że po wczorajszej walce z ręcznym przytwierdzaniem kończyn do misiowego tułowia jestem cała skłuta, zakrwawiona* i opuchnięta :D Co najmniej jakbym stoczyła walkę z ziejącym ogniem jeżozwierzem, a nie miły wieczór w towarzystwie aksamitnego Miśka.
     Aksamitny gagatek w sobotę powędruje do pewnego małego brzdąca, który póki co wszystko co złapie natychmiast pakuje do buzi i ślini. Mam nadzieję, że mój długonogi i długoręki mięciutki Miś będzie w tej sytuacji jak znalazł. Karol będzie mógł go tarmosić i przeżuwać do woli ;)
    No to tyle na dzisiaj, przy pierwszej wizycie po tak długiej przerwie nie wypada być zbyt gadatliwym ;)
       Życzę Wam miłego mglisto-przytulnego poranka i do zobaczenia :)




* Z tą krwią lejącą się strumieniami przesadziłam, ale chciałam, żeby było bardziej dramatycznie ;) 

poniedziałek, 8 października 2012

Powrócę tuuuu....

... tylko nie wiem jeszcze kiedy ;) Dziewczyny moje kochane, wiem, że miałam niebawem wrócić do blogowania, ale dużo się ostatnimi czasy wydarzyło. Dużo dobrego przez wielkie D, ale niestety też dużo złego (też przed duże D jak d...), dlatego nie wiem kiedy znowu się tutaj pokażę. Z całą pewnością przeprowadzę losowanie candy i przygotuję obiecaną nagrodę, więc w najgorszym razie pojawię się pod koniec października.
     Bardzo, ale to bardzo Wam dziękuję za pamięć, emaile i komentarze :* Życzę Wam miłego dnia i mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie do nas nasza osławiona złota polska jesień, taka jaką mieliśmy w ubiegłym roku, bo tej zimnej i deszczowej to jednak nie lubię. Szaruga i plucha wcale nie pomagają w podnoszeniu uszu do góry i wzięciu się w garść. 
Jeszcze raz miłego i, wbrew prognozie, słonecznego dnia!

środa, 5 września 2012

Prezenty, prezenty

   Choć do Gwiazdki jeszcze daleko, to ja czuję się jak po wizycie Świętego Mikołaja. Co kilka dni biegałam na pocztę z nowym awizo i wracałam z kolejnymi skarbami. Kochane moje, bardzo bardzo Wam dziękuję za pamięć, życzenia i piękne prezenty od serca. Dziękuję za czas i myśli, które poświęciłyście, aby te cuda mogły cieszyć moje oko. Jesteście fantastyczne, cieszę się, że dzięki blogowi mogłam Was poznać, nawet jeśli są to (na razie?) znajomości wirtualne.
   Ale zamiast dużo pisać, lepiej pokażę zdjęcia. Na pierwszy ogień prześliczne wiklinowe serduszko od Turkisy. Póki co serce wisi w przedpokoju, ale już myślę żeby przenieść je do sypialni. Dzięki Aguś :*



Duduś przysłała mi cudną sutaszową bransoletkę w moich ulubionych turkusach i z perłową wisienką (rany, Kasiu, jakie to wszystko równiuteńkie i dokładne!!) I skąd Ty wiedziałaś, że ja tak uwielbiam bransoletki??


Razem z bransoletką przyfrunęło moje kolejne spełnione marzenie - śliczna skrzyneczka na herbatę. Kasieńko, pięknie dziękuję :*


Jolutka, której jestem stałą fanką przesłała mi śliczną ręcznie robioną karteczkę. Zdjęcie pożyczam z blogu samej Jolutki, bo ja nie potrafię zrobić ładnego zdjęcia tego małego dzieła sztuki, a chcę oddać całą jego urodę. Karteczka pięknie komponuje się z albumem, ramką, i karteczką, które  dostałam od Joli jakiś czas temu w ramach naszej prywatnej wymianki, a które można zobaczyć tutaj.


Jest jeszcze śliczny prezent od Ewelinki, ale... Dostałam go tuż przed wiekopomną chwilą, kiedy byłam nieco nieprzytomna i oderwana od rzeczywistości, więc na wszelki wypadek schowałam gdzieś kopertę wraz z zawartością, żeby nie zgubić, żeby się nie zapodziała, żeby była bezpieczna... I masz babo placek, szukam jej od kilku dni i nigdzie nie mogę znaleźć. Kochana Ewelinko, ja ją choćby spod ziemi wykopię i poświęcę Twoim cudeńkom osobnego posta, bo są mi szczególnie drogie, zwłaszcza moje ulubiona jemiołka ;)

Wszystkim prezentom towarzyszyły śliczne karteczki z jeszcze piękniejszymi słowami. Dziewczyny, sprawiłyście mi tyle radości, że trudno mi to nawet opisać. Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję :) :*
Jestem Waszą fanką po wsze czasy :)

wtorek, 4 września 2012

Jestem, żyję i ogłaszam rocznicowe candy z niespodzianką!

Choć ostatnimi czasy można było mieć co do tego wątpliwości, to żyję i mam się fantastycznie. Przyznaję ze skruchą, zaniedbałam blogowy świat wręcz karygodnie, a przecież choć nie mam nic swojego do pokazania, to mam się czym pochwalić! Blogowe koleżanki sprawiły mi masę niespodzianek i nie mogę już dłużej być samolubem i pozwolić, żeby otrzymane skarby cieszyły tylko i wyłącznie moje oczy. Jutro pokażę Wam wszystkie cudeńka, którymi zostałam obdarowana. Jedne piękniejsze od drugich i wszystkie na honorowych miejscach w moim domu.

I jeszcze jedno, o mały włos przegapiłabym nie tylko wygraną w candy u FreubelFee (!!), ale i rocznicę mojego własnego blogaska!

Zatem wszem i wobec obwieszczam, co następuje: 

Niniejszym otwieram zapisy na moje Pierwsze Rocznicowe Cukiereczki. Wygrana będzie niespodzianką, ale wszystkich chętnych do udziału w zabawie proszę o podanie w komentarzu swojego ulubionego koloru, a ja ze wszystkich sił będę się starała uwzględnić Wasze preferencje.

 

Zasady są proste. Wystarczy zostawić komentarz pod tym postem z uwzględnieniem uwagi o ulubionym kolorze komentującego i umieścić info o candy na swoim blogu. Zapisywać można się do dnia moich własnych urodzin, tj. do 30. października, w ten sposób wyjdzie mi urodzinowa konstrukcja klamrowa ;P Losowanie i ogłoszenie wyników planuję przeprowadzić dnia następnego. To  na dziś tyle, niech Was wyłaskoczą motyle :D

poniedziałek, 2 lipca 2012

Do zobaczenia :)

Kochane moje, znikam z bloga przynajmniej do końca miesiąca, ale do Was będę zaglądać kiedy tylko nadarzy się sposobność. Cieplutkiego lipca i wielu pomysłów Wam życzę :) Buziaki!

środa, 20 czerwca 2012

Zielono mi

     Do dziś byłam pewna, że etap zasypiania do pracy mam już za sobą, że wyrosłam zupełnie z potrzeby dziewięciogodzinnego snu, a tu psikus! Zaspałam dziś okrutnie, a najgorsze, że wieczorem, pochłonięta szyciem,  stwierdziłam: rano wyprasuję sukienkę. No i prasowałam, jakżeby inaczej, tyle że do pracy przyjechałam spóźniona prawie dwadzieścia minut i oczywiście pierwszą osobą, na którą się natknęłam był mój własny szef. Jak pech to pech, tym bardziej, że zwykle do pracy przychodzę na czas, a niekiedy nawet i przed czasem, ale wtedy dziwnym trafem nie wpadam na nikogo. Nic to, szef był wyrozumiały, więc dzień nie zaczął się źle, choć nie cierpię zasypiać, bo potem mam wrażenie, że wciąż muszę gonić, żeby te poranną stratę odrobić.
      W pośpiechu pstryknęłam kilka zdjęć nowej lali. Część zrobiłam wieczorem, jakby wiedziona przeczuciem, że rano może być z tym problem ;), a część dziś rano w drodze z kuchni - gdzie pośpiesznie łykałam owsiankę - do łazienki - gdzie z kolei suszyłam włosy po uprzedniej kąpieli. A wszystko to moje kochane w 25 minut. Że już o wypitej kawie z mlekiem i obejrzanej prognozie pogody nie wspomnę ;) Poranną organizację " czasu w galopie" opanowałam do perfekcji w trakcie studiów i jak widać nie wyszłam jeszcze z wprawy. Dzięki Bogu ;)
       A poniżej zdjęcia tildowego stworka. Niestety ze względu na mój galop i kiepskie światło kolory są nieco zniekształcone. Nie widać, że lala w fioletowe włosy ma wpiętą  fuksjową spinkę. Może po południu uda mi się zrobić lepsze fotki.  
       Pomysły na kolejne zabawki kłębią się już w mojej głowie, więc  pewnie  znowu za jakiś tydzień lub dwa się tutaj objawię. Tymczasem życzę Wam miłego dzionka i gnam (galopem, jak to mam w zwyczaju;) do Was. Buziaki!









PS. Zapomniałam dodać, że to największa spośród moich lal, bo ma ok. 55 cm ;)

środa, 13 czerwca 2012

Panna Dzwoneczek

  Tym razem, w mozole i trudzie, przyszła na świat Panna Dzwoneczek. Jest malusia w porównaniu do Karolci i Lili, bo nie mierzy nawet trzydziestu centymetrów, ale dzięki temu świetnie czuje się wśród kwiatów. Bez trudu może ukryć się pod liściem hortensji, a ze storczyka robi sobie kapelusze. Taka to jest strojnisia z tej kwiatowej wróżki. Dziś było trochę wietrznie, więc okryła szyję apaszką, a do biegania  na paluszkach między kwiatami moja mała ogrodniczka wybrała wygodną dżinsową spódnicę i bawełniany top. 







   A tu jeszcze zbliżenie na spódniczkowy wzorek. Śliczny, prawda? Na szczęście mam jeszcze całe mnóstwo tego materiału, więc nie raz i nie dwa do niego wrócę.


   Przy okazji pochwaliłam się Wam moją nową hortensją. Jest u mnie ledwie od niedzieli i mam szczerą nadzieję, że zostanie na dłużej. Tak to się właśnie kończą moje małe wypady po chleb i wodę ;)
   A u mnie cóż, leje niemiłosiernie, ochoty na aktywność brak, ale udaję, że tego nie dostrzegam i mimo raczej niskiego nastroju idę do przodu z uniesioną głową ;) Od kilku dni dręczy mnie myśl, że wciąż musimy przywdziewać jakieś maski, że dopiero teraz, kiedy skończyłam magiczne trzydzieści lat dotarło do mnie, że się zmieniam, ale te zmiany nie są moim wyborem. Narzuca je otoczenie, bo inaczej mnie zadepczą, zakrzyczą, zamęczą. Wiem, że zmiany są nieuchronne, ale między Bogiem a prawdą wcale mi to nie odpowiada. Nie lubię być asertywna, nie lubię dyskusji, że mam prawo do bycia sobą, nie lubię międlenia o niczym z ludźmi, którzy na oczach mają klapki i nie widzą, że świat jest różnorodny i barwny, a przez to właśnie piękny, którzy z góry wiedzą, że zawsze mają rację, którym brak szacunku dla bliźniego. Do tej pory takie osobniki skutecznie eliminowałam z życia, a tym razem mam przed sobą mur, którego nie da się przeskoczyć. Bo odkrywam właśnie, że nie od wszystkich można się odciąć. Bardzo mi z tym niewygodnie, wolałabym siedzieć cicho w kącie i niech mi dadzą święty spokój, ale niestety to se ne da. Wciąż trzeba się bronić przed spodziewanymi i niezapowiedzianymi atakami, uśmiechać się, kiedy mam ochotę uciec jak najdalej. Nie podoba mi się to, a niestety nie mam na to wpływu. Jest jak jest, pozostaje godzić się z rzeczywistością, ale to godzenie jest dla mnie niezwykle bolesne. Nie chcę sprzedawać siebie, a tak się czuję ustępując i milcząc w sprawach ważnych, najważniejszych nawet.  Ech, filozof grecki ze mnie, a przecież nie od dziś wiem, że nie warto za dużo myśleć, bo robi się jeszcze trudniej. Jak dobrze, że mam mój bajkowy tildowy światek, po południu ucieknę sobie do niego  i znowu zapomnę o całym bożym świecie :) I niech już wyjdzie to słoneczko, bo w przeciwnym razie istnieje groźba, że zamęczę Was moimi wywodami :D