Trwa mój tydzień rozrywek towarzyskich. Wczoraj po raz kolejny wybrałyśmy się na ploty z Laobeth. Rzecz jasna na samych plotach się nie skończyło, bo przecież nie ma to jak rozmowa przy kawie i ciastku, nawet jeśli Pani Kelnerka sama decyduje, że Laobeth wolno zjeść ciastko z bitą śmietaną i porcją owoców, a mnie już nie i przynosi mi jedynie gołe ciasteczko na malusieńkim talerzyczku ;(
Pod koniec wieczoru na chwilę dołączyli do nas Pan Mąż Laobeth i ich Synuś, a ja - jak to ja, bez przygód ani rusz, więc Maluchowi zapewne zapadłam w pamięć jako ta pani, która upaprała cały świat jogurtem przeznaczonym na drugie śniadanie w pracy, a który dokończył żywota jako maseczka na dłonie. Kiedy jęczałam, że "oooo maaaatko, moje kable od aparatu", usłyszałam cichy i opanowany głos rozsądku: "Nie załamywuj się" - rady tej udzielił mi dwuletni synek Laobeth. Niniejszym oficjalnie ogłaszam, że od wczoraj te słowa powiększyły mój zbiór maksym na trudne chwile.
A skoro już opowiadam o lekcjach życia udzielanych przez dwulatków, to jeszcze wspomnę historię wyznania miłości, którą usłyszała moja Siostrzyczka.
- Ciociu, kocham Cię tak baldzo baldzo, ze kupiłbym Ci wszystko.
- Ja Ciebie też kocham Miłoszku.
- I tes kupiłabyś mi wszystko?
- Wszystko Miłoszku.
- A kupis mi spinga?
Uczę się zatem zdrowego rozsądku i trudnej sztuki negocjacji od dwulatków :D
PS. Ani Siostra, ani ja nie wiemy czym jest "sping". Może któraś z Was umie rozwiązać tę zagadkę?